piątek, 29 maja 2015

1000 wejść!

Mam już tysiąc wejść na watasze. Wszystkim, którzy się do tego przyczynili serdecznie dziękuję! Oby tak dalej. Od teraz piszę sama, ale zapraszam do czytania.

Majutex

czwartek, 21 maja 2015

Zmiany ogólne

Wataha od teraz nie przyjmuje członków. Prowadzę ja Ok rok i wciąż jestem tylko ja i Skradacz. Powyższego serdecznie przepraszam. Wataha od teraz jest wataha jednoosobową. pisze tylko ja. sama wymyślam wilki, o których piszę.
Przez to oczywiście znikają zakładki " wilki do adopcji","formularz nowego wilka" i " regulamin watahy". Mogę pisać jako wszystkie wilki. Dalej będę prowadziła losy watahy najlepiej jak potrafię. Mam nadzieję, że nie zrazicie się przez to do WPK i nadal będziecie czytać.


Wszystkich przepraszam, ale tak będzie najlepiej,
Roal (Majutex)

środa, 13 maja 2015

Od Roal - Sprawy powrotne.

    - Nazywam się Julia. - przedstawiła się Ju. - Nie znam żadnej Julietty, może kogoś panu przypominam?

    - Nie... - Quebec odsunął się, wyraźnie zmieszany.

    -  Ju, to jest właśnie Quebec, nasz czarownik. - poczułam, że moim obowiązkiem jest przedstawić sobie wilki. - To jest Daise. - wskazałam na Di. - Miko, Rolox, Ninka... Chesecake? Gdzie on jest? - dopiero teraz dostrzegłam brak szczura.

    - Tutaj, tutaj! Tak się o ciebie martwiłem! - Chesecake próbował wziąć mnie w objęcia, ale wyglądało to tak, jakby wpadł na moją nogę.

    - Mamy poważne problemy. To nie czas na wylewne powitania. - Quebec odzyskał samokontrolę i wziął sprawy w swoje ręce. - Roal, nowi, Chese i Miko do mojego namiotu. Natychmiast.

    Pobiegliśmy. Po drodze zwróciłam uwagę na to, że wiosna powoli dojrzewała i przeobrażała się we wczesne lato. Kwiaty przekwitały i opadały. Liście miały soczysty, zielony kolor, już nie tak zielony jak na wiosnę. Wpadliśmy do namiotu. Tu również panował porządek. Posłanie było jeszcze wygniecione na kształt sylwetki Quebec'a. Pod ścianą stały pudła i pudełka z kory. Na nich leżały woreczki, szczelnie zamknięte. Jedno jedyne otwarte pudło było pełne gładkich, błękitnoszarych kamieni rzecznych, jakich jeszcze nigdy nie widziałam i jakiegoś szarego pyłu.

    - Nie teraz! - rzucił Quebec, widząc moje spojrzenie. - Starożytne Drzewo Nadchodzi.

    - To samo powiedział ten... Lore, Lord? Lote, tak Lote! - na dźwięk tego imienia Daise i Quebec zadrżeli a Ju cofnęła się o krok.

    - Lote... - wyszeptała. - Ja... Ja go znam.


***


    - Co? - Quebec był przerażony. - Jednak Julietta...

    - Jestem Julia!

    - Nie o to chodzi. Julietta to... - głos mu się załamał. - Nie teraz. Wędrowna Wataha Starożytnego Drzewa, w skrócie WWSD, zamierza nas zaatakować. Ma to związek z nim, - kiwnął głową na Daise'a. - Z nią - na Julię. - I z tobą. I to właśnie mnie niepokoi. A najgorsze, że ty prawie nie znasz swoich mocy...

    - Podszkol mnie. - poprosiłam.

    - Podszkol NAS. - dopełnił Daise. - Musimy coś umieć. I ja zamierzam te umiejętności wykorzystać w walce przeciw WWSD. I wieżę, że bamy radę.

    - Tak, damy, z pewnością! - uśmiechnęłam się po wilczemu do Daise'a.

    - Ja nie przykładam palca do tych... nowych. - Miko wypluł to słowo jak najgorszą obelgę. On był w watasze od początku. - Ale Roal oczywiście mogę szkolić.

    - Ja powiem ci, że będzie wręcz przeciwnie. - zakomenderował Quebec. - Każdy będzie szkolony osobno... Dobrze, czasami w grupie. Ja zajmę się Roal. Ty bierzesz nowych... Bez dyskusji.

wtorek, 12 maja 2015

Od Roal - Dom

    Jak dobrze znowu być w swoim ciele! Tego nic nie zastąpi. Ale nadal czegoś mi brakowało... Wiem! Rzuciłam się na trawę i zaczęłam tarzać. To było to, czego potrzebowałam. Nie tarzałam się porządnie od Podwójnej Pełni. Kawał czasu... W watasze coś takiego byłoby nie do pomyślenia.

    - To jest... - usłyszałam znajomy cienki głos, wzmocniony i zmieniony przez warczenie wilka. - Dziwne. Ale też znajome. Ale ja nigdy nie byłam wilkiem! - poskarżyła się Julia. Jej głos był teraz pełniejszy.

   - Tak, rzeczywiście... - błyskawicznie obróciłam się na dźwięk znienawidzonego głosu. To on prześladował mnie w snach. To nim przemawiał wilk z mojego snu. Wilk, który powalił Daise'a.

  Ale to nie ów wilk stał przede mną. Powiedziałabym raczej, że jego odrobinę zmieniona kopia. Był mniejszy, ale wciąż wyższy ode mnie o dwadzieścia centymetrów. Co dziwne ( a może wcale nie dziwne, to był w końcu on) o tyle właśnie był wyższy ode mnie Daise. Wilk był cały czarny nie licząc turkusowego pasa przez całą długość ciała i czterech plam na dolnej szczęce. Miał długą, można powiedzieć "napuszoną" sierść i wydatny, gruby i długi ogon. Wyglądał jak Daise, ale wyczuwałam w nim napięcie, zdziwienie i... strach. W Ju nie czułam nic takiego.

    - Daise? - zapytałam niepewnie. - Di, to ty?

    Nie odpowiadał. Spojrzałam na Julię. Jako wilczyca miała długą, aksamitną sierść. Cała szara z ciemnoróżowym pasem na plecach wyglądała dostojnie a za razem przyjacielsko.

    - Jest w szoku. - powiedziała kuzynka Daise'a. - Umiem to rozpoznać - uprzedziła moje pytanie. - W końcu mieszkałam z nim na codzień przez tyle czasu...

    - Di, przez chwilę możesz się tak czuć, ale my jeszcze nie jesteśmy w domu. Pamiętaj o instrukcji. Tam jest strumień. - powoli podeszłam do niego.

    - Nie zbliżaj się! - krzyknął. Jego głos zmienił się nie do poznania. Pobrzmiewał w nim strach. Czysty strach. Czyżby bał się mnie?

    - Daise, nie zrobię ci krzywdy. - starałam się go uspokoić.

    - Nie o to chodzi. - słowa niczego nie wyjaśniały. - Wiem jak dotrzeć na miejsce. - Pobiegł w stronę potoku. Ruszyłam za nim, po krótkiej chwilii Julia skoczyła za mną. Ale było już za późno. Daise zniknął w chmurze pary. Pamiętając słowa porady Quebec'a ruszyłam przez stumień, modląc się w duchu, żeby Ju pamiętała wyliczankę.


***


    Spadałam w ciemność. Cień czaił się przede mną i za mną. Nagle pod sobą ujrzałam nikłą, zielonkawą poświatę. Leciałam w jej kierunku. Gdy wpadłam w świeżą, jeżącą się mgiełkę poczułam gorzki smak paniki wymieszany z głębokim zawodem. Potem wszystko znikło, a ja stanęłam na twardym gruncie.


***


    Nogi ugięły się pode mną. Padłam na ziemię, chyba po raz pierwszy w życiu. Powoli otworzyłam oczy. Obraz, który mi się pokazał był tak podobny do ostatniego koszmaru sennego, że pomyślałam, iż wciąż śnię. Rolox i Ninka stali blisko siebie, cali zjeżeni, zadami do mnie. Warczeli na coś, co zasłaniali sobą. Quebec stał obok i tylko patrzył. Czułam od niego lekką pogardę, wymieszaną jednak z dużą porcją uznania, zawód i smutek. Bezszelestnie przeszłam obok i zobaczyłam coś, od czego krew zamarła mi w żyłach.

    Daise, powalony, leżał na ziemi. Nad nim stał Miko. Pokazywał białe kły i warczał. Biła od niego taka wrogość i wściekłość, że cofnęłam się mimo woli.

    - Gdzie ona jest? - warczał Miko. - Co jej zrobiłeś?! Mów!

    Daise jęknął i zaczął podnosić się z ziemi. Miko z krótkim szczeknięciem powalił go znowu. Wyraźnie czułam od niego pogardę.

    - Kto? - zapytał Daise.

    - Ty dobrze wiesz! Gdzie jest Roal!

    - Nie wiem. Dopiero tu spadłem, tak na marginesie. - nie mogłam uwierzyć. Pyskował Mikiemu. To było nie do pomyślenia. Szacunek Quebec'a był wyraźny, za to Miko wyraźnie tracił panowanie nad sobą. Wyszczerzył kły.

    - Tutaj. - przerwałam. Spojrzenia wszystkich zwróciły się  na mnie. - Miło mi, że tak się o mnie martwicie, ale, Miko, jak mogłeś? - spojrzałam na początku na Daise'a, potem na Mikiego. Spuścił wzrok.

    Nagle Quebec wydał stłumiony okrzyk.    

- Julietta... - z jego oczy popłynęła jedna, jedyna łza. Zobaczyłam, że patrzył poza mną. Obróciłam głowę    

Za mną stała Julia.